Kategorie: Wszystkie | Prosto z Leverkusen | Prosto z Płocka
RSS
piątek, 23 listopada 2007
Finał - ciężka sprawa

Minął miesiąc od mojego wyjazdu do Leverkusen. A czuję się tak, jakby minął rok. Tysiąc zdjęć, setki rozmów, kilkadziesiąt tekstów... Doskonale pamiętam te bezsenne noce przed startem całej akcji, obawy, wahania. A później dłuuuugie godziny spędzone przy komputerze (pisanie o swoim mieście jest nieporównywalnie łatwiejsze od relacjonowania tego, co dzieje się w obcym państwie). To było wyzwanie i wielka przygoda. A dzięki czytelnikom - ogromna przyjemność. Każdy telefon z żartobliwym pytaniem: „jak długo będzie nas Pani jeszcze wpędzać w depresję”, był dla mnie nagrodą i motywacją. Za wszystkie głosy, listy, komentarze i telefony - jeszcze raz dziękuję. Mam nadzieję, że nikogo nie „zamęczyłam”. Jeśli tak, proszę wybaczyć i dać kolejną szansę w przyszłości.

Przede mną jeden z trudniejszych artykułów - podsumowanie całej akcji (zapraszam do lektury poniedziałkowej „Gazety”). Oczywiście najłatwiej byłoby napisać, pakujcie walizki, szukajcie pracy na zachodzie, tam się żyje lepiej, wygodniej, normalniej. Ale byłoby to aroganckie i nieszczere. Świadomie podjęłam decyzję o pozostaniu w Płocku i wierzę, że to miasto ma przed sobą przyszłość. Na pewno ma niesamowity potencjał: Orlen, położenie, bliskość Warszawy, Łodzi czy Torunia. Zobaczcie jak bardzo się zmienia. Mamy wreszcie drugi most i porządny kawałek drogi na Podolszyce. Budują się kina, galerie handlowe, kończy się remont teatru. Paradoksalnie najgorzej radzimy sobie z drobnymi, przyziemnymi sprawami. Potrafiliśmy przebudować Tumską, a teraz w ogóle jej nie sprzątamy. Zbudowaliśmy most, a o ścieżkach rowerowych wszyscy zapomnieli. Planujemy tramwaj, a nie możemy ułożyć rozkładów jazdy autobusów tak, żeby płocczanie nie stali godzinami na przystankach. A szkoda, bo często to drobne sprawy decydują o tym, czy miasto jest przyjazne ludziom. Takie jak alejki na Tumach, stojak na rowery, ławki w parkach, śmietniczki regularnie opróżniane, ulice odkurzane... Miasto może chodzić jak w zegarku, przekonałam się o tym w Leverkusen - w mieście, które wcale nie wyróżnia się ani architekturą ani atrakcjami turystycznymi. Powiedzielibyśmy - zupełnie przeciętnym, a jednak jak niezwykłym w konfrontacji z Płockiem.

18:57, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2007
Zobaczcie siedzibę Bayera

Już wiecie, że w Leverkusen z historią i zabytkami jest cienko. Zanim przyszedł tu Bayer, centrum miasta - czyli dzielnica Wiesdorf - była małą rybacką wioską. Dziś nie ma po niej śladu. Historia Leverkusen to historia chemicznego koncernu. Najlepiej się o tym przekonać idąc do siedziby firmy. Stojąc w jednym punkcie, obracając się dookoła własnej osi, dostrzeżesz tu aż cztery epoki architektoniczne: cztery kolejne biurowce producenta Aspiryny.

Na mnie największe wrażenie zrobiła pierwsza siedziba Bayera z początku XIX wieku. Oto ona.

Druga siedziba z lat 30. to typowy przykład nazistowskiej architektury - poinstruowano mnie w Leverkusen.

Trzeci budynek z lat 60. już kilkakrotnie przechodził do historii. Przez chwilę był najwyższym biurowcem w Europie. W Księdze Rekordów Guinessa zapisał się też jako największe opakowanie Aspiryny (oryginalne „przebranie” dostał z okazji 100-lecia tabletek).

Obecna centrala to kilkuletni bardzo nowoczesny, przeszklony, niski gmach w kształcie podkowy. Jego transparentność ma być symbolem strategii firmy. Podobnie ja rosnąca przed nim aleja platanowców. To znak, że Bayer dba o ekologię, chce być przyjazny. Na tej samej zasadzie dobierano firmowy kolory - zieleń to trawa, błękit - niebo.

Niemcy nie byliby sobą, gdyby nie mieli gotowego planu na przykład kosmicznej architektury XXI wieku. W 2009 roku chcą zaprezentować nową elewację wieżowca z lat 60. Dziś już tu nikt nie pracuje. Stoi pusty. Dostanie nową, multimedialną fasadę, na której zawiśnie ogromny neon Bayera zbudowany z najnowocześniejszych diod LED.

20:40, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2007
Trzymam z Masą Krytyczną. Przyślijcie mi zaproszenie

Masę Krytyczną znam z relacji dziennikarzy. Akurat tak się złożyło, że nigdy sama jej nie opisywałam. Teraz trochę żałuję. Przyznaję, że organizatorów całego przedsięwzięcia traktowałam w kategorii ludzi pozytywnie zakręconych. Ale coś mnie tknęło już podczas zwiedzania Kopenhagi. Przewodniki po Danii ostrzegały i zachęcały: „Samochód przy zwiedzaniu Kopenhagi jest nie tylko niepotrzebny, ale i utrudnia życie. Większość interesujących obiektów znajduje się w centrum, najlepiej więc poruszać się pieszo. Alternatywą są darmowe rowery (tzw. City Bike), choć w sezonie letnim trudno znaleźć wolny pojazd. Rower (z reklamami na kołach) bierze się z wyznaczonych „parkingów" jak... wózek z supermarketu: wystarczy wrzucić monetę 20-koronową i już jest nasz. Po odstawieniu roweru na parking odzyskujemy monetę.”

Jako obywatelka kraju, który skutecznie potrafi zniechęcić człowieka do jazdy na dwóch kółkach, ominęłam bezpłatne rowery szerokim łukiem. A potem z zachwytem i szeroko otworzonymi ustami patrzyłam jak tłumy dziewczyn w eleganckich ciuchach z chirurgiczną precyzję lawirują między autami na najbardziej skomplikowanych rondach jakie w życiu widziałam. Podziwiałam ich ochraniacze na nogawki, kosze zakupowe, wózki, w których spokojnie siedziały sobie dzieci, a czasem nawet i psy. Eeee, Skandynawia, nigdy ich nie dogonimy - pomyślałam i zarzuciłam temat.

W Leverkusen tak łatwo nie było. Kiedy w jednej z rozmów telefonicznych z szefem, rozpływałam się nad ścieżkami rowerowymi w mieście Bayera, od razu usłyszałam: - Musisz pożyczyć rower i sama spróbować jak to jest.

Po głowie chodziły mi różne wytłumaczenia w stylu: tu nie ma wypożyczalni, jest październik, nie mam odpowiednich butów... Ale nie śmiałam wypowiedzieć ich na głos. Bo to byłoby takie typowo Polskie. My zawsze znajdziemy dla siebie jakieś usprawiedliwienia. Wszystko jedno o co chodzi. Zacisnęłam zęby, zdobyłam rower i.... To był jeden z przyjemniejszych dni w Leverkusen. Przejechałam z kilkanaście kilometrów, w ekspresowym tempie mijałam kolejne ulice i dzielnice. Nikt na mnie nie trąbił, nikogo nie musiałam spychać z chodnika żeby przejechać, krawężniki jakby nie istniały. Z łatwością mogłam wybrać trasę tak żeby jak najczęściej przejeżdżać przez kolejne parki - nad Renem, koło Bayera, przy stadionie. I wtedy właśnie obiecałam sobie, że w następnym sezonie, jeśli tylko znajdę czas i wyrwę się z redakcji, z radością dołączę się do Masy Krytycznej.

20:26, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 listopada 2007
Dlaczego nie pójdę na mecz?

Bo mecz w Płocku to żaden fun. Bo czułabym się głupio w szaliku Wisły siedząc obok „karków” z okolicznych osiedli. Bo moi sąsiedzi nie chodzą na mecze. Bo nie wiem, co mnie spotka na stadionie. Bo nie mogę kupić pluszowego misia w koszulce Wisły. Bo klub nie robi nic, żeby mnie do tego zachęcić. Bo jest więcej odpowiedzi na „nie” niż na tak. Jasne, że przesadzam. Specjalnie!

Chcę powiedzieć, że jeśli ktoś nie jest wielkim fanem piłki nożnej, zapalonym kibicem Wisły, to kompletnie nie ma kontaktu z klubem. Sportowa spółka zamknęła się na stadionie i w blaszaku szczypiornistów. W mieście jest kompletnie niewidoczna. Ja wiem co powiecie, że nie jestem dla niej „targetem”. Kobieta, dziennikarka działu „kultura”, co ona może wiedzieć o prawdziwej piłce... A może właśnie w tym rzecz. Bayer tak chętnie sponsoruje sport, bo tak tworzy swój image. Za grube miliony kupuje sobie przychylność klientów. I im więcej na stadion przychodzi kobiet i dzieci, tym lepiej. Magia reklamy działa. Dzięki temu, kiedy zapytasz Niemca z czym kojarzy ci się słowo Bayer odpowie: farmaceutyki, chemia, sport/piłka. I oto chodzi! Dlatego menedżerowie koncernu z taką dumą podkreślają, że mają jedyną drużynę w I lidze ze sponsorem w nazwie. My po kolei traciliśmy - Petrochemię Płock, Petro, Orlen Płock... Zgodziliśmy się na oddanie miastu stadionu, na zmianę struktury sponsorskiej. Jesteśmy w drugiej lidze i ledwo zipiemy. Aż przykro mi się pisało o słynnej BayArenie w obliczu kryzysu Wisły i braku pieniędzy na transfery.

- Co tu gadać o gadżetach, jak oni źle grają. Niedługo nikt nie przyjdzie na ich mecz - strofowali mnie wczoraj koledzy z redakcji.

Aptekarze grali w Champions League, byli członkiem elitarnej grupy G-14, zdobyli Puchar UEFA i Puchar Niemiec, ale kilkakrotnie zdarzyło im się, że dopiero w ostatniej kolejce rozgrywek zapewnili sobie utrzymanie w lidze. Mimo wszystko kibice zawsze byli im wierni. Czy jest źle, czy dobrze wywieszają flagi klubu w oknach. Gdybym w sobotę wywiesiła flagę Wisły w swoim oknie, wszyscy popukaliby się w głowę.

19:06, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 listopada 2007
Włączasz suszarkę do włosów? Zużywasz energię! Twój dług rośnie

Niemcy mają „fioła” na punkcie edukacji ekologicznej. Ale też doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zwykłymi ulotkami i górnolotnymi hasłami niczego nie zdziałają. Szukają więc alternatywnych pomysłów, a my powinniśmy się od nich tego uczyć.

Mnie zabrali do „Miasta energii” w NaturGut Ophoven. Przy wejściu - kasa z karoserii starego autobusu miejskiego. Zamiast okienka - miejsce po przedniej szybie, zamiast kierowcy - sprzedawca biletów i pamiątek z „Miasta energii”. Wewnątrz, na rozgrzewkę, zabawa zaostrzająca zmysł obserwacji, węch... Sala luster (jak z wesołego miasteczkach) i brama w kształcie ogromnego gniazdka elektrycznego. Na stolikach leżą różne urządzenia elektryczne. Włączam suszarkę do włosów, automatycznie uruchamiając podejrzanie wyglądający licznik.

- Pokazuje ile prądu pobiera suszarka - tłumaczy mój przewodnik po „Mieście energii” i po chwili zdecydowanym tonem dodaje: - Teraz musisz to oddać - mówi, wskazując na stacjonarny rowerek. Posłusznie siadam na siodełku i zaczynam pedałować, rachunek powoli maleje.

- Widzisz, ile energii trzeba włożyć w jedno suszenie włosów. Nic z niczego się nie bierze - śmieją się ze mnie ekolodzy.

Gry komputerowe mi odpuszczają, więc pośpiesznie mijam kolejne sale, w których dzieci w wieku szkolnym przepadłyby na kilka godzin. Bawią się tu doskonale, w ogóle nie czując, że wciąż są poddawane testom. Wszystko w imię edukacji ekologicznej.

Zmęczona spłacaniem energetycznego długu rzucam się na miękki fotel.

- Chodź lepiej poszybować - zachęcają pracownicy centrum.

Siadam na huśtawce, odrywam nogi od ziemi. Po chwilę sam włącza się telewizor, na ekranie szybuje bocian, a ja razem z nim. Z głośników sączą się dźwięki natury. Odprężona, jak dziecko bawię się w słonecznej szklarni wypełnionej po brzegi zabawkami na baterie słoneczne. W słoneczny dzień wszystko samo się tu rusza - helikopter wznosi do góry, małpka gra na bębnach, samochód jedzie... Jesienią, kiedy słońce chowa się za chmurami, każde urządzenie można samemu włączyć - wystarczy poświecić na nie latarką.

- Mówiliśmy, że edukacja ekologiczna może być przyjemnością. Co weekend przychodzą do nas tłumy. Zamiast siedzieć przed telewizorem, godzinami się tu bawią - cieszą się moi przewodnicy.

17:38, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 listopada 2007
Zielono mi w głowie

Do Bayera pojechałam na rowerze. I to była dobra decyzja. Siedzibę główną chemicznego giganta otaczają same parki. Najsłynniejszy jest oczywiście Japoński Ogród z egzotycznymi roślinami, rzeźbami, charakterystyczną architekturą - wymieniany w ulotkach miasta jako jedna z większych atrakcji.

Spotkałam tam nawet kaczory! Zupełnie nie bały się ludzi zaciekawione wychodziły na chodnik i spacerowały razem ze mną. W podgrzewanych stawach zamieszkały też ogromne ryby.

Spotkałam tam nawet kaczory! Zupełnie nie bały się ludzi zaciekawione wychodziły na chodnik i spacerowały razem ze mną. W podgrzewanych stawach zamieszkały też ogromne ryby.

W zieleni Japońskiego Ogrodu ukryta jest mała sala konferencyjna, w której można zorganizować biznes lunch. Do tego ławki, mostki, łuki....

Japoński Ogród przechodzi w normalny, rozległy park z ogromnymi rozłożystymi drzewami, zadbanymi trawnikami, alejkami.

Aż trudno uwierzyć, że kilka kroków dalej mieście się chemiczny park z tymi wszystkimi dymiącymi instalacjami. Jeśli wrócę do Leverkusen latem, na pewno przyjdę tu z kocem i piknikowym koszem.

Szkoda, że Orlen nie pomyślał o podobnym zagospodarowaniu swojej strefy zieleni. Moglibyśmy mieć świetny park.

19:21, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 listopada 2007
To była bardzo dłuuuuga noc

Szukanie szczęścia w piątkową noc było - jak się domyślacie - ulubionym „obowiązkowym” tematem całego Desantu Europa. Niestety, Leverkusen nie można postawić w jednym szeregu z Barceloną (lustro Krakowa), Oslo (lustro Poznania) czy z Berlinem (lustro Warszawy).

- Jeśli szukasz wrażeń powinnaś pojechać do Kolonii - wmawiali mi z uporem maniaka mieszkańcy Leverkusen. Ja jednak nie poddałam się i zostałam w mieście Bayera. Co z tego wyszło? - przeczytacie w sobotniej Gazecie. Tu lepiej pooglądajmy wspólnie zdjęcia.

Na początek małe, jasne w pubie...

...potem kiełbaska z baru na kółkach...

...lampka szampana w sklepie otwartym dla stałych klientek przez całą noc...

...odrobina elektronicznego bitu...

...kilka kroków po czerwonym dywanie (w końcu każdy chce się poczuć jak gwiazda)...

...kwadrans w najbardziej mrocznym miejscu w Leverkusen (klub-mekka gotów)...

...drink w Havanie.

Zdradzę wam jedno, po kilku godzinach biegania między różnymi dzielnicami Leverkusen, zatęskniłam za monopolem płockiej ulicy Grodzkiej. Miło zaparkować samochód w jednym miejscu i tak łazić z knajpki do knajpki w obrębie jednej starówki. Myślę, że Niemcy mieliby czego nam pozazdrościć. Puby, które odwiedziłam mogłaby tak naprawdę uczyć się od nas tworzenia klimatu wnętrz. Ale trudno przebić stare piwnice Lisiej Jamy czy 10,5, kuchnię Karczmy pod strzechą i muzykę w Formie. Szkoda tylko, że w tych wszystkich lokalach średnia wieku oscyluje wokół 19. W Leverkusen przy barze siedziały obok siebie nastolatki i pary grubo po 40.

Ja niestety, mając 30 lat, coraz częściej się czuję w płockich knajpach jakbym dwukrotnie zawyżała średnią wieku.

18:52, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2007
Deptak nie musi być szary

Może tętnić życiem i kusić kwiatami wystawionymi wprost na ulicę. Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Leverkusen i szukałam tematów do cyklu „U nas to niemożliwe” od razu zapisałam sobie na liście uliczne kwiaciarnie i sklepy wystawiające towary na ulicę - w koszach, na stojakach, specjalnych ulicznych ladach. Wcale nie przy samym wejściu. I nikt nie stawiał obok nich ochroniarza! Były częścią ulicznego pejzażu, kolorowego, gwarnego.

Uliczna kwiaciarnia nawet w deszczowy dzień wygląda jak łąka

Klimat ulicy tworzą ludzie...

...przyjaźni, uśmiechnięci, wyluzowani

Liczy się też mała architektura

21:20, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2007
Kamienice mogą być czyste i zadbane

Od roku debatujemy o rewitalizacji Tumskiej. W środę w ratuszu odbyło się chyba z piąte spotkanie w tej sprawie. Oczywiście dobrze, że w ogóle ktoś myśli o problemie. Ale konfrontacja naszego deptaku z uliczkami Leverkusen wypadła koszmarnie. Wstydziłabym się zaprosić do nas burmistrza z Leverkusen. Nie zrozumiałby dlaczego z domów przy głównej, reprezentacyjnej ulicy odpada tynk. A ja chyba też nie potrafiłabym mu tego wytłumaczyć. W jego mieście burzy się dużo lepsze budynki, bo działka na której stoją jest zbyt cenna dla inwestorów. Albo, w ostateczności zasłania ścianą zieleni.

Niemcy nie pojęliby naszych problemów. Zresztą co ja będę pisać, sami spójrzcie.

kamienice w Leverkusen

W Leverkusen nawet projekt miejskich latarni był kosultowany z mieszkańcami.

kamienice w Leverkusen

Wszystkie elewacje wyglądają jakby było w tym roku malowane.

kamienice w Leverkusen

Ogromną uwagę przywiązuje się też do stylowych szyldów. To detale tworzą klimat ulicy.

kamienice w Leverkusen

Prawda, że zachęcające wejście do sklepu?

kamienice w Leverkusen

W każdym oknie - donica, świetna sprawa.

19:21, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 listopada 2007
Lista zadań specjalnych. Dopisujcie swoje propozycje

Nowy trener piłkarskiej Wisły Leszek Ojrzyński też jedzie do Leverkusen! W niedzielę, na tygodniowy staż. Oj, zaczną tam podejrzewać, że Orlen chce kupić Bayera :-) Bo skąd nagle w spokojnym, niewielkim niemieckim mieście aż tylu gości z Płocka. A to czysty zbieg okoliczności, naprawdę.

Kiedy dowiedziałam się o planach trenera, natychmiast schwyciłam za telefon. I już wiem, że nie zamieszka w „wypasionym” hotelu przy BayArenie, tylko u znajomych, 40 km od Leverkusen. Ale nie wyklucza, że jednak w hotelu zatrzyma się na chwilę. Oczywiście od razu powiedziałam, że koniecznie musi to zrobić, bo miejsce jest z klimatem. Tak jak cały stadion, z restauracją, salami VIP-owskimi, ogromnym sklepem dla kibiców. Poradziłam też, by:

- przyjrzał się organizacji trybuny rodzinnej z oddzielnym wejściem do McDonald'sa i szkolnych spotkań z piłkarzami;

- porozmawiał z przedstawicielami Bayera o sponsorowaniu klubu (drużynę Bayera finansuje nie tylko chemiczny gigant);

- zwrócił uwagę na bilety uprawniające do bezpłatnego przejazdu komunikacją miejską na mecz i z meczu:

- zauważył wydawaną przed każdym meczem specjalną gazetę...

Myślę, że powinien też porozmawiać z pracownikami klubu odpowiedzialnymi tylko i wyłącznie za współpracę z kibicami (tacy naprawdę istnieją w Leverkusen), szefami ochrony, którzy w życiu nie widzieli tam zadymy i podczas meczu siedzą sobie wygodnie na krzesełkach.

Trener pozna też na pewno imponujące plany rozbudowy stadionu i mam nadzieję, że wróci do Płocka z gotowymi pomysłami na drużynę i niecodzienną oprawę rozrywek.

A jakie wy zadania macie dla trenera jadącego do Leverkusen? Piszcie na blogu i w mailu - agnieszka.wozniak@plock.agora.pl

19:25, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 listopada 2007
Zobacz jak burzą centrum Leverkusen

Rozbiórką dawnego ratusza żyje całe miasto - to już wiecie. Pewnie też pamiętacie, że powstanie tu ogromna galeria handlowo-rozrywkowa.

wizualizacja galerii

wizualizacja galerii

wizualizacja galerii

Otwarcie - w 2009 roku.  Teraz zobaczcie wszystko na żywo - oto podgląd z kamery.

18:42, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2007
Tylko dla dziewczyn!

Na pewno umieracie z ciekawości, zastanawiając czy do Leverkusen warto wybrać się na zakupy? Jednoznacznej odpowiedzi ode mnie nie usłyszycie. Bo punkt widzenia zależy od... innego punktu.

Kiedy na ulicy zapytacie kogoś fajnie ubranego, gdzie są w Lev porządne sklepy, na 99 proc. usłyszycie, że w Kolonii. Podobna odpowiedź pada, kiedy szukacie największej atrakcji Leverkusen: „dziesięć minut drogi stąd jest Kolonia” - słyszałam od co drugiej osoby.

Ale jeśli porównamy sklepy z Płocka do oferty Leverkusen, siedziba Bayera wyda nam się handlową potęgą. Już wspominałam, że typowej galerii handlowo-rozrywkowej jeszcze tam nie ma, ale budowa już się zaczyna. Są za to domy towarowe takie jak warszawskie Domy Centrum, gdzie zamiast butików są stoiska. I całe uliczki schowane pod szklanymi dachami, bo po co moknąć. Zresztą daszki chroniące przed deszczem są prawie przed każdym sklepem na deptaku, więc nawet kiedy leje można dać sobie radę bez parasola.

sklep przy głównej ulicy

We wszystkich dużych domach towarowych, nawet tych dotkniętych już zębem czasu, podróżuje się wygodnymi ruchomymi schodami, jest klimatyzacja, przepych w aranżacji wystaw. Na deptaku lokale mają najlepsi i najdrożsi. Dominują ubrania, a nie jak u nas - banki.

Ale wróćmy do marek. Jest więc potężny H&M, C&A, jest P&C. W tym ostatnim - Peek&Cloppenburg znaleźć można mnóstwo znanych szyldów od młodzieżowych typu Vero Moda, to bardziej wyrafinowanych, np. Tommy Hilfiger.

H&M w Leverkusen

Coś czuję przez skórę, że nawet po otwarciu Wisły i Galerii Mosty, nie przegonimy Leverkusen. Obym się myliła.

 

18:34, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2007
Odliczam godziny do startu
Od poniedziałku w „Gazecie”, na stronach lokalnych i ogólnopolskich, po kolei odkryjemy wszystkie karty naszego europejskiego desantu. Postawimy przed sobą magiczne zwierciadło, ale nie zapytamy: kto jest najpiękniejszy w świecie? Bo to nie będzie bajka. I nie usłyszymy nazwy swojego miasta.Dlatego przestańmy żyć w zwolnionym tempie. Zróbmy z Płocka - stolicy polskiej chemii - swój wymarzony kawałek Europy. W jaki sposób? Na to pytanie musimy wspólnie znaleźć odpowiedź. I znajdziemy!Czytajcie reportaże o Leverkusen i piszcie - agnieszka.wozniak@plock.agora.pl
22:29, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 listopada 2007
Leverkusen już mi się śni po nocach

Piszę, piszę, piszę... Nasz cykl reportaży startuje już w poniedziałek 12 listopada. Trzy zeszyty notatek, które przywiozłam z Leverkusen to kopalnia tematów. Zamknęłam się więc w redakcji i nie odrywam rąk od klawiatury, ale kiedy tylko mam chwilę, czytam listy od Was. Z wypiekami na twarzy, bo są fantastyczne! Opisujecie swoje podróże, a czasem długie lata spędzone z dala od domu. I to chyba nie jest zbieg okoliczności, że wszyscy dostrzegamy podobne sprawy - porządek, wygodne życie, serdeczność ludzi... Niestety, chyba tym wszystkim jest coś bardzo smutnego - daleko nam do europejskiego poziomu, dużo bardzo musimy zmienić. Jak dużo? Czytajcie nas codziennie, od 12 listopada.

20:49, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 listopada 2007
Myślicie, że prezydent Płocka polubi Leverkusen?

Wiele było takich spraw, które za granicą zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Ale chyba najbardziej znakomicie rozwinięta sieć dróg - wyznał w rozmowie z „Gazetą” prezydent Płocka Mirosław Milewski (cały wywiad publikujemy na lokalnych stronach „Gazety Wyborczej Płock”). Ale najważniejsze, że obiecał czytać cały cykl i nasze spostrzeżenie głęboko brać sobie do serca. A to już coś. Kto wie może przy okazji wyjazdu do partnerskiego Darmstadt, skusi się kiedyś na wycieczkę do Leverkusen i mecz na BayArenie.

Tym chętniej wszyscy powinniśmy zasypać prezydentami europejskimi pomysłami na wygodne codzienne życie. Piszcie do nas - agnieszka.wozniak@plock.agora.pl. Autostrady z Płocka do Warszawy pewnie nie wywalczymy, ale remont drogi do Zakroczymia wydaje się być w zasięgu lobbingu nowych parlamentarzystów, marszałka, prezydenta. Poza tym jest mnóstwo innych drobnych spraw, z którymi Europa już dawno sobie poradziła. A dla nas wciąż są tak nierealne jak podbój kosmosu. Pamiętacie jak pisałam o plakatach jakiegoś pokazu Monster Truck w Leverkusen. Dzień po wydarzeniu, wszystkie zniknęły. U nas mija trzeci tydzień od wyborów, a głowy polityków wciąż wiszą. Nie mogę też patrzeć jak ze słupów POKiS-u odpadają resztki starych reklam koncertów, jak po chodnikach walają się torebki foliowe, ulotki, papiery. Pomóżcie, jestem od tygodnia w Płocku, a wciąż nie mogę się pogodzić z tą bylejakością. Wszyscy jesteśmy temu winni, bo na to przyzwalamy. Ale jak to przerwać?

16:59, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 listopada 2007
Co ja tu robię?!

W mieście Bayera trwa największa coroczna impreza „28. Leverkusener Jazztage 2007”, w Kolonii lada dzień zacznie się słynny karnawał, a ja siedzę w redakcji i pracuję nad cyklem reportaży o Leverkusen (w „Gazecie” od 12 listopada). No cóż, każdy kiedyś musi wrócić na ziemię.

Logo festiwalu

Trochę żałuję, że nad Renem nie mogłam zostać na dłużej, właśnie z powodu jazzowego festiwalu. To imponujący projekt z niewiarygodną wręcz, jak na 160-tysięczne miasto, obsadą. Przez dziesięć dni w najróżniejszych salach koncertowych, w domu kultury, klubach, kościołach odbywają się koncerty na światowym poziomie. Listę wykonawców otwiera polski akcent - Lars Danielsson Trio feat. Leszek Możdżer. W piątek wystąpi Sinead O'Connor, w sobotę brytyjski wirtuoz skrzypiec Nigel Kennedy, promujący swoją pierwszą całkowicie jazzową płytę „Blue Note Session". Będzie też noc kobiet, na którą zaproszenie przyjęła kanadyjska królowa jazzu Holly Cole, znana z piosenki „Calling You" - motywu z filmu „Bagdad Cafe". Zresztą co ja wam będę opowiadać, sami sprawdźcie program. Znajdziecie w nim blisko 50 wydarzeń!

Fragment programu

Dwa lata temu w Leverkusen na Jazztage zaśpiewała Anna Maria Jopek. To „trzeci co do wielkości i prestiżu, po North Sea Jazz Festiwal w Hadze (Holandia) i Montreux Jazz Festival (Szwajcaria), festiwal jazzowy w Europie” - czytamy na jej oficjalnej stronie internetowej. - „Nastrój na widowni jak na prawdziwym jazzowym koncercie. Spokój, skupienie, rozkoszowanie się muzyką, przedział wiekowy od 5 do 70!”.

Mnie też udało się zasiąść na widowni największej sali koncertowej w Leverkusen - w tzw. Forum. Na koncert Beethoven Orchester Bonn pod dyrekcją Romana Kofmana zaprosił mnie Bayer. Utworów Schostakowitscha i Beethovena słuchało 900 osób (dla zainteresowanych - bilety były po 17-29 euro i podobno cieszyły się ogromnym zainteresowaniem).

Ale wróćmy do jazzu. Oczywiście plakaty informujące o festiwalu wisiały na słupach ogłoszeniowych od wielu tygodni. W miejskim centrum informacji, dokąd pierwszego dnia poszłam po mapę, od razu dostałam ulotkę z programem oraz kolorowy 40 stronicowy magazyn z biografami artystów, mapką i prezentacją sponsorów. Reklamy były też w knajpach. Po pierwszym dniu spędzonym w Leverkusen wiedziałam, że tym festiwalem będzie żyło całe miasto i, że organizatorzy nie oszczędzają na ani na line-upie, ani na promocji (wystarczy spojrzeć na papier, na którym wydrukowano program i bezpłatny magazyn). I od razu przypomniał mi się nasz Audioriver - kilka scen na plaży tętniących elektronicznym brzmieniem ze wszystkich stron świata. Wydarzenie, któremu nie można nic zarzucić oprócz braku rozmachu. Oj, nam też przydałyby się wielkie nazwiska i gest sponsorów. Od kilku lat zastanawiam się dlaczego np. na tydzień przed wakacyjnym świętem elektroniki, nowoczesnych brzmień nie serwują wszystkie płockie knajpy. Że nie korzystamy z tej siły rozpędu jaką daje sam Audioriver. A może rzeczywiście powinniśmy zastanowić się nad wprowadzeniem biletów. W Leverkusen wejściówki na Jazztage kosztują od 3 do 50 euro. Tylko na kilka koncertów wstęp jest wolny. Na pewno w przypadku naszego niemieckiego lustra poskutkowała metoda inwestowania w jedną, ogólnoświatową imprezę, z której Leverkusen jest znane fanom jazzu z całej Europy. Choć oczywiście ma też imponującą, całoroczną ofertę dla swoich mieszkańców. Ale o tym może już innym razem.

Na koniec dobra wiadomość, tak na pocieszenie. Leszek Możdżer, który zagrał na Leverkusener Jazztage”, wystąpi też w Płocku, w 2008 roku, na zaproszenie Płockiej Orkiestry Symfonicznej.

17:17, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2007
Napiszmy wspólnie dziennik podróży i zmieńmy Płock

Ze swoich podróży na pewno też przywieźliście mnóstwo ważnych spostrzeżeń, bezcennych idei, pomysłów. Pewnie wiele razy obiecywaliście sobie, że wykorzystacie je w praktyce. A potem daliście się porwać codzienności. Wspomnienia zatarły się, zdjęcia przykryła warstwa kurzu. Mamy nadzieję, że nasza opowieść o Leverkusen, zainspiruje was. Powróćcie myślami do swoich wypraw i piszcie: co was zdziwiło, jakie idee chętnie przenieślibyście do Płocka, co zrobić by nad Wisłą żyło nam się równie wygodnie jak nad Renem. Czekamy na maile, listy, zdjęcia - agnieszka.wozniak@plock.agora.pl, Gazeta Wyborcza Płock, ul. Królewiecka 12e, 09-400 Płock.

17:45, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
Powrót do rzeczywistości

Najpierw jest euforia - spotkanie z bliskimi, opowieści, pierwszy domowy obiad. Potem z człowieka wychodzi zmęczenie, akurat wtedy, gdy przydałoby się włączyć pralkę i rozpakować walizki. Ale emocje biorą górę. Po podróży zawsze odnajdujemy w sobie zupełnie nieznane pokłady energii. Doskonale znacie to uczucie - głowa pełna planów, postanowień, ręce aż rwą się do pracy, a stopy unoszą się kilka centymetrów nad ziemią (ciekawe jak długo to potrwa?).

Ja też po powrocie z Leverkusen nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wzięłam więc Barneya na spacer do Parku Północnego. Po Wzgórzu Tumskim i Parku na Zdunach, to chyba jedno z najładniejszych miejsc rekreacji w Płocku. Trochę podobne do Neuland-Park w Leverkusen, bo jest równie młode i też sztucznie stworzone, tylko z dużo mniejszym rozmachem niż w Niemczech. Miałam szczęście, akurat wyszło słońce i polska złota jesień pokazała się od najładniejszej strony. Chodziliśmy więc sobie dobre pół godziny. I wiecie czego mi najbardziej brakowało? Rowerzystów pędzących z punktu A do punktu B. Oprócz mam z wózkami, na Podolszycach nie było nikogo. To przygnębiające i nie do przyjęcia w Niemczech. Nie spotkałam też żadnego z ogrodników. W Neuland-Park codziennie pracowała cała ekipa po zęby uzbrojona w nowoczesny sprzęt. Kto choć raz próbował założyć ogród, wie że to niekończąca się praca. Niemcy doskonale to rozumieją i żadnej pracy nie odkładają na później. Dzięki temu ich park wygląda jak z obrazka (zobaczcie zdjęcia, to żółte to jedna z atrakcji parku - przez ogromne kolorowe klisze można zobaczyć jak świat wyglądałby gdyby był np. żółty albo niebieski).

Neuland-Park

Świat na żółto

Palmy po raz drugi 

Wracając do moich pierwszych dni w Płocku, muszę przyznać, że jeszcze nie raz wprowadziłam swojego psa w stan permanentnego zdziwienia. Do tej pory jesienne spacery należały raczej do obowiązków jego pana. A tu nagle to ja wyciągam go na wędrówki. Pewnie myśli, że staram się wynagrodzić mu rozłąkę. Błąd. Służbowe poszukiwanie lepszej jakości życia, zmieni (mam nadzieję) nie tylko Płock, ale i mnie. Z nieukrywaną zazdrością patrzyłam na mieszkańców Leverkusen, którzy bez względu na pogodę jeżdżą na rowerach, spacerują po parkach, uprawiają jogging czy nordic walking. Tak samo jak pilnie pracują, pilnie przykładają się do prywatnego życia. I zamiast zamykać się w domach, czerpią z niego pełnymi garściami. Tylko jak tu wytłumaczyć husky pojęcie joggingu, że to wcale nie jest szaleńcza pogoń za kotem. Pierwsza próba skończyła się prawie wyrwaną ręką, ale to już zupełnie inny temat. Przed nami wszystkimi wiele zadań.

17:43, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
Autostrada z Płocka do Warszawy. Czy to w ogóle możliwe?

Kilka lat temu, kiedy z mężem wróciliśmy z wycieczki do Szwecji, wszyscy pytali nas: jak bardzo daleko nam do nich? Wtedy zgodnie odpowiadaliśmy, że staniemy w jednym szeregu, gdy kierowca płockiego autobusu miejskiego, zapytany przez turystę o drogę, odpowie z uśmiechem i mówiąc płynnie po angielsku. W Leverkusen patent ten nie do końca się sprawdził. Nie wszyscy kierowcy mówili po angielsku, ale... turystom nie daliby zginąć. A to już coś. Zresztą sami oceńcie.

Idę na zajezdnię, stukam w okienko kierowcy i pytam: Przepraszam, czy mówi Pan po angielsku? Mężczyzna szerokim gestem zaprasza do wozu, ale już widzę, że z rozmowy nici. Bo nawet nie wie o co pytam. Zbieram więc zabawki, żegnam się grzecznie i odchodzę. Ale kierowca, najwyraźniej nie mogąc znieść mojego rozczarowania, wyskakuje z autobusu i wpycha mi w rękę małą książeczkę. Otwieram, kartkuję i nie mogę powstrzymać śmiechu. Przed oczami mam rzecz cudowną - zestaw autobusowych rozmówek niemiecko-angielskich. Służbowy i wyraźnie podniszczony, a więc używany! W środku proste, przydatne zwroty o przystankach, biletach, wzywaniu policji... Bomba. Niestety, moich pytań tam nie było, no ale kto mógł przewidzieć „Gazetowy” desant w Leverkusen.

Postanowiłam więc przyjąć inny wyróżnik. Kiedy zapytacie mnie: jak bardzo daleko nam do Leverkusen, odpowiem, że nie będziemy mieć powodów do zmartwień, kiedy z Płocka do Warszawy dojedziemy autostradą. Teraz wiem, że nie jest to zbyt wygórowane żądanie. Powinniśmy mieć to w standardzie. Przez Leverkusen przebiegają trzy autostrady, ale to rzeczywiście jeden z bardziej uczęszczanych węzłów komunikacyjnych, więc może nie najlepszy przykład. Ale ponieważ do Niemiec i z powrotem jechałam autobusem, wiem że połączenie z autostradą ma praktycznie każde miasto. Przy każdym przystanku scenariusz się powtarzał. Kierowca zjeżdżał z autostrady, docierał do centrum, zabierał pasażerów i chwilę później znów był na autostradzie, równej i gładkiej jak pas startowy. Aż miło było posłuchać równego szumu sunących po niej aut (podobnie jest w miastach - na zdjęciu skrzyżowanie w samym centrum Leverkusen).

skrzyżowanie w centrum Leverkusen

Z zamkniętymi oczami poznałabym, w którym momencie podróży przekroczyliśmy granicę. Autobus zaczął chwiać się na boki, podskakiwać, jęczeć, trzeszczeć, a moja choroba lokomocyjna natychmiast dała o sobie znać. I zaczęło się, drogi na których z ledwością mijają się dwa duże samochody, ryzykowne wyprzedzanie, skomplikowane objazdy... Co z nami jest nie tak?

Kiedy mieszkańcy Leverkusen planują podróż do miejsca oddalonego o 100 km, rezerwują sobie na to godzinę (na autostradach nie ma ograniczenia prędkości, choć mówi się, że wkrótce zostanie wprowadzone). I nigdy się nie spóźniają! Ja ostatnio wracałam z Warszawy prawie trzy godziny. Pierwszą spędziłam na Wisłostradzie, drugą w Łomiankach. Z chęcią wybrałabym pociąg, ale tej opcji nie ma w rozkładzie. Autobus stoi w tych samych korkach, co auto, więc lepiej już siedzieć za kierownicą, przynajmniej człowiek może sobie radio wybrać. Tyle że gdybym miała codziennie przechodzić takie katusze, wykończyłabym się po miesiącu. Praca w stolicy odpada. Co innego gdyby droga zabierała mi godzinę. Dla wielu ludzi dojazd do Warszawy i tamtejszy rynek pracy, mógłby być wybawieniem. A dla Płocka nowym impulsem. Niestety, mam wrażenie że nam łatwiej myśleć o lotnisku niż o przyziemnej, wygodnej, asfaltowej drodze. Uwielbiamy chodzić z głową w chmurach.

12:47, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 października 2007
"Argonauci" w "Wyborczej"

O wielkiej wyprawie 21 reporterów pisze dzisiejsza "Gazeta Wyborcza". Przeczytacie fragmenty naszych blogów, zobaczycie nas na zdjęciu...

Gazeta Wyborcza

Zobacz w większym rozmiarze.

13:20, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Płocka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 października 2007
Nie zapominajcie o moim blogu

To już mój ostatni tekst z zachmurzonego dziś miasta Bayera (sami sprawdźcie, jaka jest tam pogoda), ale nie ostatni o Leverkusen. Ogłaszam krótką przerwę techniczną na podróż. Dziękuję, że byliście ze mną, pisaliście i komentowaliście „Gazetową” wyprawę. Ale pewnie się domyślacie, że w kieszeni, a dokładnie w notatkach, mam jeszcze kilka asów, którymi podzielę się z Wami dopiero po powrocie.

Kto wie, może przypadnie Wam do gustu... pofalowana ławka, którą podpatrzyłam na targach "K 2007". Gdyby takie stanęły na Tumskiej albo na Wzgórzu Tumskim na pewno cieszyłyby się powodzeniem:

ławka

Nie zapominajcie więc o „Gazecie”, portalu Gazeta.pl i moim blogu. Do zobaczenia i... do przeczytania już wkrótce.

11:27, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Leverkusen
Link Komentarze (2) »
Nie dla mnie senna niedziela - pojechałam na targi

W Leverkusen niedziele zarezerwowane są dla rodzin. Rano - wspólne długie śniadanie (wcześniej ktoś musi skoczyć do piekarni). Czasem trwa do 13. i za jednym zamachem jest też lunchem. Specjalną ofertę (śniadanie plus lunch) mają nawet restauracje. Płacisz 15-20 euro i korzystasz z bufetu ile i jak długo chcesz. Po takim posiłku trzeba się poruszać. Do wyboru - rower, spacer, golf, pływalnia, siłownia, kajaki. Oferta jest imponująca.

Dla poszukiwaczy skarbów są flohmarkty (giełdy staroci). Wielu ludzi sprzedaje tu zawodowo, ale niektórzy urządzają stoiska okazjonalnie, np. po wielkich porządkach. Za kilka euro można tu kupić wszystko, począwszy od ubrań, książek, przez naczynia, sprzęty a nawet meble. Są też wozy z jedzeniem, warzywami, stoiska piekarni. Niektórzy zaszywają się w swoich ogródkach działkowych, młodzi zmykają do Kolonii. Na podwieczorek - kawę z ciastem, np. sernikiem idzie się do rodziny. Ale nie na obiad czy kolację, ten posiłek wiele osób je w knajpkach i restauracjach. Ale wciąż w gronie rodzinnym. Znajomi bardzo rzadko umawiają się na niedzielę.

Wieczorem idzie się do kina. Latem do tego scenariusza trzeba obowiązkowo dopisać lody. Wszystko pilnie zaplanowane, najlepiej z trzytygodniowym wyprzedzeniem. Na spontaniczność nie ma miejsca.

Ponieważ wizyta dziennikarki nie mieści się w tym rodzinnym scenariuszu, z przyjemnością przyjęłam zaproszenie do Düsseldorfu na jedne z największych na świecie targów tworzyw sztucznych. Bayer MaterialScience przygotowywał się do nich od miesięcy (bo Bayer to nie tylko aspiryna). W centrum wystawienniczym Messe Düsseldorf zbudował ogromne stoisko, na którym prezentował najnowocześniejsze technologie i osiągnięcia.

stoisko Bayera

Furorę robiło tu transparentne auto przyszłości, z plastiku...

auto przyszłości

... miękki czerwony fotel, królewski...

fotel

... była też nutka lokalnego patriotyzmu - nowoczesne tablice z przykładową rejestracją z Leverkusen:

rejestracja

Wszystko wyglądało imponująco. Dwa kolory znane z logo koncernu - jasna zieleń i błękit - symbolizowały niebo i trawę oraz teraźniejszość i przyszłość. A wszystko po to, by udowodnić, że bez chemii nasze życie nie toczyłoby się tak gładko. I że plastik to nie tylko te ohydne reklamówki i butelki po napojach gazowanych.

No właśnie, reklamówki. Tutejsze supermarkety dawno już o nich zapomniały. W piekarniach bułki i chleb pakuje się w torby papierowe. A w domach towarowych sprzedawcy niechętnie pakują każdą rzecz w jedną torbę. Oszczędnie wydają je klientom. Dlatego Bayer - jeden z liderów na rynku tworzyw sztucznych - gościom swojego stoiska wręczał materiałowe torby na zakupy ze stelażem, który można zawiesić na wózku. Pocieszające.

10:31, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Leverkusen
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 października 2007
Słowo się rzekło o moim Barneyu...

... więc muszę Wam go pokazać. I to w całej okazałości. Oto on podczas jednej z wystaw psów rasowych w Płocku:

Barney

13:50, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Leverkusen
Link Dodaj komentarz »
Mój husky byłby przeszczęśliwy

Zanim wrócę do Płocka i zacznę przygotowywać cały cykl reportaży o mieście Bayera (od 12 listopada w Gazecie”), chciałabym się z wami podzielić jeszcze jednym drobnym spostrzeżeniem. Może dla wielu osób banalnym, ale dla mnie to jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że trudno będzie mi się rozstać z Leverkusen. Chodzi o psy w sklepach. Tu nikt nie wiąże ich przed wejściem na sznurku do jakiegoś słupa (każdy, kto choć raz spojrzał takiemu psu w oczy, wie o czym piszę) ani nie ukrywa pod kurtką czy w torbie. Nic z tych rzeczy. W najlepsze spacerują ze swoimi właścicielami między półkami. I to w najbardziej eleganckich domach handlowych. Kiedy zobaczyłam mężczyznę wybierającego firmowe dżinsy...

pies w sklepie

... razem ze swoim pupilem, natychmiast go zaczepiłam. Nie mówił po angielsku, ale obsługująca go sprzedawczyni wyraźnie się mną zainteresowała, więc nie wahałam się przerwać handlowe pertraktacje i delikatnie zapytać, czy do sklepu można wchodzić z psem? Czy nikt tu nie będzie z tego powodu krzyczał albo wyganiał biednego czworonoga. A ona oburzonym tonem do mnie: - Przecież to przyjazny pies, proszę spojrzeć.

Chwilę później w jednym sklepie spotkałam dwa psy! Pudelek cierpliwie obserwował jak jego pani kupuje poduszkę, a dwa regały dalej siedział ciapek, którego państwo oglądali ubrania. Był na smyczy, ale nikt jej nie trzymał, leżała na ziemi.

pies w sklepie 

I nikt, zupełnie nikt (a w sklepie było naprawdę tłoczno) nie zwracał na niego uwagi. Nikt nie był oburzony, nie mruczał pod nosem, że kto to słyszał, żeby z psem przychodzić do sklepu. Nikt, oprócz... mnie. Stęskniona za swoim husky rozpływałam się na widok każdego burka” robiącego legalnie zakupy, wzbudzając większe zdziwienie wśród innych kupujących niż same psy. Zrobiłam zdjęcia, bo pewnie niektórzy by mi nie uwierzyli. Korci mnie, by po powrocie do Płocka zabrać Barneya... na zakupy. Jeśli się na to odważę, na pewno opiszę to na swoim blogu - leverkusenagnieszka.blox.pl.

13:13, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Leverkusen
Link Dodaj komentarz »
Uff, jak dobrze wrócić do Leverkusen

W sobotę po południu, kiedy życie w Leverkusen powoli zamierało, wyrwałam się na chwilę do centrum Kolonii. Piszę do centrum", bo w Kolonii (administracyjnie) już byłam, podczas wtorkowej wizyty w Bayerze. Granica między miastami biegnie przez teren koncernu, ale oczywiście jest to niezauważalne.

Samochodem z centrum Leverkusen na starówkę Kolonii jedzie się 10-15 minut, autostradą. Niekiedy więcej czasu zabiera znalezienie wolnego miejsca na parkingu. Doskonałe jest też połączenie kolejowe. Podróż trwa 20 minut, pociągi jeżdżą non stop (co 20-30 minut), bilet kosztuje 3,2 euro. Dlatego, jeśli zapytasz przypadkowego przechodnia co najbardziej lubi w Leverkusen, na jednym z pierwszych trzech miejsc wymieni: bliskość Kolonii. Ogromnego europejskiego miasta tętniącego światowym życiem. Miasta, w którym jest wszystko - historia (na zdjęciu wnętrze katedry)...

katedra

... najlepsza oferta kulturalna (poniżej koncert R.E.M.)...

R.E.M.

... najlepsze sklepy, knajpy, słynny karnawał... A przy okazji wszystko co najgorsze - hałas, zanieczyszczenie środowiska, korki... I ten męczący wielkomiejski zgiełk. Nie każdy musi to lubić. Kiedy wracałam do hotelu pociągiem, było już późno i ciemno. Oczywiście, wiedziałam, gdzie mam wysiąść, ale wiecie jak to jest w obcym mieście, kraju. Człowiekowi zawsze towarzyszy ta niepewność. Kiedy więc zobaczyłam przez okno ogromne świecące logo Bayera, pomyślałam: Uff, jestem w domu". I aż się sama roześmiałam, bo przecież mój dom jest setki kilometrów stąd. Jadąc tu nie przypuszczałam, że tak przywiążę się do Lev. Przecież wiedziałam, że to miasto przemysłowe, a nie turystyczna czy architektoniczna perełka. Nic z tych rzeczy. A jednak, ma coś w sobie. Tak jak ten neon, o którym jeszcze nie raz przeczytacie. Niby zwykła reklama, a jednak...

13:03, agnieszka.wozniak.net , Prosto z Leverkusen
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2